I wystarczy. Przecież od takiej ilości bodźców może się poprzewracać w głowie. Już drugiego dnia po przyjeździe, udało mi się wytropić dwa wilki. Obserwowałem je z odległości kilkuset metrów przez kilkanaście minut. Odległość nieco za duża, żeby zrobić super zdjęcia, ale ta radość wynikająca z obserwacji, no i faktu, że przewidziałem, gdzie wyjdą i co zrobią. Bezcenne :). Trzeciego dnia pobytu i drugiego w terenie, znalazłem tropy dwóch rysi. Podążałem za nimi sporo kilometrów, analizowałem ślady – miejsca, gdzie leżały, znakowały teren, a nawet załatwiały się. Tropienie nie było łatwe, bo zaczynało brakować śniegu i spore odcinki szedłem na czuja – czyli wczuwając się w rolę rysia, czytając mikroskopijne wręcz resztki ich tropów. W pewnym momencie dzika część mojej natury kazała mi się zatrzymać i zaczaić. Po kilku minutach wyszły dwa, piękne ryśki. Popatrzyły w moim kierunku, a ja zrobiłem kilka zdjęć. Do końca 10 dniowego wyjazdu miałem jeszcze kilka obserwacji wilczych watah, zrobiłem kolejne fotografie i już planowałem, co będę robił, gdy przyjadę na wiosnę.